Brak mieszkania a decyzja o posiadaniu dzieci to dziś jedno z najczęściej pojawiających się połączeń w badaniach społecznych. Choć rynek nieruchomości powoli się ożywia, dla wielu Polaków własne mieszkanie wciąż pozostaje poza realnym zasięgiem finansowym. Skutki tego problemu wykraczają daleko poza kwestie mieszkaniowe – coraz częściej wpływają na decyzje rodzinne, plany życiowe i migracyjne.
Prognozy na 2026 rok wskazują na wzrost sprzedaży nowych mieszkań o 10–15 proc., a na rynku wtórnym o kolejne 5–10 proc. Do poprawy sytuacji mają przyczynić się niższe stopy procentowe oraz łatwiejszy dostęp do kredytów hipotecznych. Jednak statystyki nie zmieniają jednego faktu: dla dużej części społeczeństwa zakup własnego lokum nadal pozostaje marzeniem, a nie realną perspektywą.
Z raportu „Potrzeby i aspiracje mieszkaniowe Polaków”, opracowanego na podstawie badań IBRiS oraz analiz Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, wynika jasno, że Polacy wciąż stawiają na własność. Aż 71 proc. badanych posiada tytuł własności do nieruchomości, a 68 proc. deklaruje zadowolenie z obecnej sytuacji mieszkaniowej. Jednocześnie młodsze pokolenie widzi sprawę inaczej – 81 proc. osób w wieku 18–29 lat uważa, że dziś zdobycie mieszkania jest znacznie trudniejsze niż jeszcze kilkanaście lat temu.
Najem wciąż traktowany jest jako rozwiązanie przejściowe, często wymuszone sytuacją ekonomiczną. Brak wkładu własnego, niewystarczająca zdolność kredytowa czy wysokie raty skutecznie odsuwają decyzję o zakupie. Co istotne, aż 89 proc. osób wynajmujących mieszkania deklaruje, że wolałoby spłacać kredyt hipoteczny zamiast czynszu, jeśli miesięczne obciążenia byłyby porównywalne.
Problem mieszkaniowy coraz wyraźniej przekłada się na decyzje demograficzne. Z badań IBRiS wynika, że 69 proc. respondentów uważa brak mieszkania za istotną barierę w podjęciu decyzji o posiadaniu dziecka. Jeszcze więcej, bo 76 proc., wiąże ograniczoną dostępność mieszkań z emigracją młodych ludzi. W tle pojawia się także zjawisko tzw. gniazdownictwa – około jedna trzecia osób w wieku 25–34 lat nadal mieszka z rodzicami, często mimo stałej pracy i samodzielności finansowej.
Najpoważniejsze bariery w dostępie do mieszkań są dobrze znane. Polacy wskazują przede wszystkim wysokie ceny zakupu (77 proc.), koszty najmu (43 proc.) oraz warunki kredytowe, w tym oprocentowanie i wymagania dotyczące wkładu własnego. Coraz częściej pojawiają się także głosy o zbyt małej liczbie mieszkań komunalnych i TBS, niepewności zatrudnienia oraz niewystarczającej liczbie nowych inwestycji.
Choć rynek mieszkaniowy w skali kraju pozostaje w stanie względnej równowagi popytowo-podażowej, nie oznacza to zatrzymania wzrostu cen. Szczególnie widoczne jest to w największych miastach. W Warszawie przeciętna cena oferowanego mieszkania sięga około 950 tys. zł, podczas gdy w Łodzi nie przekracza 600 tys. zł. Mimo wyższych zarobków stolica pozostaje miastem o najniższej dostępności mieszkań – za przeciętne wynagrodzenie można kupić tam zaledwie około 0,6 m² nowego lokalu.
Eksperci zwracają uwagę, że same ceny nie oddają pełnego obrazu sytuacji. Liczy się relacja dochodów do kosztów zakupu. Choć w ostatnich miesiącach widać pewną stabilizację, w większości miast na zakup przeciętnego mieszkania nadal trzeba odkładać przez siedem, osiem, a czasem nawet dziesięć lat.
Wyniki badań pokazują też wyraźną lukę między debatą publiczną a realnymi potrzebami społecznymi. Dla większości Polaków problemem nie jest posiadanie kilku mieszkań, lecz zapewnienie sobie jednego, stabilnego miejsca do życia. Oczekiwania wobec państwa są jasne – respondenci liczą na spójną i długofalową politykę mieszkaniową, skoncentrowaną na wsparciu zakupu pierwszego mieszkania oraz na rozwiązaniach ułatwiających start młodym ludziom i rodzinom. Coraz częściej pojawia się także postulat budowy mieszkań na wynajem przez państwo, jako realnej alternatywy dla drogiego rynku komercyjnego.


Niestety, te statystyki w ogóle mnie nie dziwią. Sama widzę po sobie i znajomych – instynkt macierzyński przegrywa z kalkulatorem. 😔 Jak masz wizję płacenia za wynajem kwoty wyższej niż rata kredytu (którego i tak nie dostaniesz), to strach pomyśleć o dodatkowych kosztach wyprawki czy żłobka.
Doszło do tego, że u nas w domu wprowadziliśmy totalny reżim budżetowy. Zamiast żyć normalnie, człowiek ogląda każdą złotówkę z dwóch stron – ciuchy, AGD czy chemię gospodarczą kupuję już w zasadzie tylko jak znajdę jakieś kody na https://ekupony.pl, żeby cokolwiek „urwać” z ceny i odłożyć na wkład własny. To przykre, że w cywilizowanym kraju własny kąt staje się luksusem, dla którego trzeba poświęcać marzenia o rodzinie. Oby te prognozy o spadku stóp procentowych się sprawdziły, bo inaczej czeka nas demograficzna katastrofa.