Ewa Dzieduszycka – podróżniczka, która wyprzedziła epokę. Zapis nieistniejącego świata

Ewa Dzieduszycka podróżniczka – to sformułowanie wraca dziś częściej, gdy do rąk czytelników i badaczy trafiają kolejne ślady jej życia. Była kobietą z arystokratycznego domu, ale nie zamknęła się w pałacach ani w konwenansach. Zamiast tego wybierała drogę: czasem wygodną, częściej trudną, wymagającą, prowadzoną przez góry, obce kraje i własną ciekawość świata. I właśnie dlatego jej zapiski brzmią dziś tak świeżo — jak relacja kogoś, kto patrzył uważnie i miał odwagę opowiadać po swojemu.

W rodzinie Dzieduszyckich nie brakowało postaci mocnych i nietuzinkowych, również wśród kobiet. Wystarczy wspomnieć Magdalenę z Dzieduszyckich Morską, fundatorkę pałacu w Zarzeczu — jednego z najbardziej rozpoznawalnych zabytków Podkarpacia. Była też Klementyna z Dzieduszyckich Szembekowa, która zostawiła po sobie wyjątkowe fotografie Tatr, Zakopanego i górali z przełomu XIX i XX wieku. Jednak to Ewa z Koziebrodzkich Dzieduszycka (1879–1963) wyróżnia się szczególnie: podróżowała dużo, odważnie, często wbrew temu, co „wypadało”, a swoje doświadczenia potrafiła zamienić w literaturę.

Książki, które wracają do Zarzecza

W ostatnim czasie do Muzeum Dzieduszyckich w Zarzeczu — oddziału Muzeum w Jarosławiu Kamienica Orsettich — trafiły kolejne publikacje autorstwa Ewy Dzieduszyckiej. Najpierw przekazano dwie książki: „Wygnani z raju” (1911), określone jako szkic powieściowy, oraz zbiór opowiadań „Perła Pałacu” (1913). Obie pozycje podarował Związek Rodowy Dzieduszyckich herbu Sas.

W tym tygodniu muzealną bibliotekę wzbogaciło także dzieło najgłośniejsze: „Indie i Himalaje. Wrażenia z podróży” (Lwów, 1912). Książkę kupiono na aukcji sztuki i przekazano do zbiorów dzięki Melanii Dzieduszyckiej, sekretarz Związku Rodowego Dzieduszyckich.

Jak podkreśla Melania Dzieduszycka, nie jest to wyłącznie kolejny cenny nabytek do biblioteki. To gest przywracania pamięci o autorce, która potrafiła przekraczać granice — dosłownie i obyczajowo — i która jako pierwsza Polka opisała oraz udokumentowała podróż do Indii.

Dyrektor Muzeum w Jarosławiu Kamienica Orsettich, Konrad Sawiński, zwraca uwagę na jeszcze jeden wymiar tych publikacji: dzięki nim łatwiej odczytać nie tylko dzieje rodu, ale też wrażliwość epoki, jej język, sposób patrzenia na świat, a nawet to, co w tamtym czasie uznawano za odważne.

Z Chłopic w świat

Ewa Dzieduszycka urodziła się w Chłopicach koło Jarosławia. Była córką Emilii z Głogowskich i hrabiego Władysława Koziebrodzkiego (1839–1893) — właściciela majątku, weterana powstania styczniowego, posła do galicyjskiego Sejmu Krajowego oraz austriackiej Rady Państwa. To postać niejednoznaczna i ciekawa sama w sobie: pionier polskiego taternictwa, prezes Towarzystwa Tatrzańskiego, bywalec środowisk literackich, znajomy Henryka Sienkiewicza, Adama Asnyka i Tytusa Chałubińskiego. Zdobywał alpejskie szczyty, a jednocześnie pisał — również sztuki teatralne, chętnie wystawiane w teatrach amatorskich.

Po śmierci rodziców Ewa i jej starsza siostra Anna wychowywały się w Kozłowie pod opieką Anieli Kielanowskiej. Zadbała ona o ich edukację: najpierw domową, z prywatnymi nauczycielami, później w szkole sióstr niepokalanek w Jarosławiu. Ten fundament — dyscyplina, języki, dobra orientacja w kulturze — szybko okazał się w podróżach bezcenny.

Małżeństwo i życie w drodze

W wieku 21 lat Ewa wyszła za mąż za Władysława Dzieduszyckiego, syna Wojciecha Dzieduszyckiego, profesora filozofii, etyki i estetyki Uniwersytetu Lwowskiego. Jej mąż zasłynął jako hodowca koni arabskich i kontynuator tradycji stadniny odziedziczonej po stryju Juliuszu Dzieduszyckim. Po ślubie zamieszkali w Jezupolu pod Stanisławowem — i właśnie stamtąd Ewa wyruszała w kolejne wyprawy.

Najpierw były Tatry i Zakopane. Tam, pod okiem Mariusza Zaruskiego, uczyła się jazdy na nartach — w czasie, gdy narciarstwo dopiero budowało swoją pozycję wśród polskich miłośników gór. Potem przyszły dalsze trasy: Karpaty, Himalaje, a także północna Afryka, Palestyna, Grecja, Rumunia i Indie. Podróżowała często z rodziną, z mężem i dziećmi, łącząc codzienne obowiązki z pasją poznawania świata. Bywało jednak i tak, że wyruszała sama — przez dziką Czarnohorę, na wysokie szczyty, w długiej sukni, z aparatem fotograficznym i notesem.

Właśnie ta mieszanka — odwaga, uważność, a przy tym pewna naturalna swoboda obserwacji — sprawiła, że jej relacje mogły zainteresować czytelników. Teksty Dzieduszyckiej ukazywały się m.in. w „Wędrowcu”, „Świecie” czy „Przekroju”. Z dzisiejszej perspektywy widać, że nie szukała sensacji. Raczej budowała opowieść: z drobnych szczegółów, rozmów, scen. Z tego, co wymyka się przewodnikom.

Historyk sztuki Katarzyna Szarek, adiunkt Muzeum Dzieduszyckich w Zarzeczu, zwraca uwagę na rzecz prostą, ale kluczową: Ewa była kobietą z wyższych sfer, więc mogła sobie pozwolić na podróże, o których wielu jej współczesnych mogło jedynie marzyć. Ta perspektywa — dostęp do świata i jednocześnie wrażliwość na to, co codzienne — jest w jej zapiskach wyraźna do dziś.

Rower, suknia i skandal, którego nie było

Jest jeszcze jeden obrazek, który dobrze oddaje charakter Ewy Dzieduszyckiej. Na początku XX wieku należała do pierwszych Polek jeżdżących na rowerze. Swój pierwszy kontakt z „dwoma kółkami” przeżyła we Lwowie: kupiła rower i — by nie wywołać skandalu — uczyła się jazdy w tajemnicy. Wspominała później, że długa suknia utrudniała wsiadanie, więc spinała ją agrafkami, odsłaniając nogi. Dziś brzmi to niewinnie. Wtedy było małą rewolucją.

Pamiętnik po latach i głos przywrócony

Ewa Dzieduszycka dożyła ponad osiemdziesięciu lat. Pod koniec życia, po złamaniu kości udowej, unieruchomiona, wróciła do wspomnień. W latach 1961–1963 spisała je w formie pamiętnika. Rękopis przez dziesięciolecia pozostawał w domowym archiwum, aż w 2018 roku został wydany pod tytułem „Podróżniczka”. Do publikacji przygotowały go Małgorzata Dzieduszycka-Ziemilska i Dominika Dzieduszycka-Sigsworth — wnuczka i prawnuczka autorki.

To ważne domknięcie tej historii. Bo Dzieduszycka podróżowała inaczej niż wielu jej współczesnych: bez pośpiechu, bez zbierania trofeów, z naciskiem na przeżycie i zapis. Dopiero po latach zanotowała mimochodem, że była pierwszą kobietą na Grossvenedigerze. W momencie wejścia nie traktowała tego jak medalu. Liczyło się doświadczenie — i świat, który znikał, zanim ktokolwiek zdążył go dobrze opisać.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Informacje

Zdobądź najświeższe informacje!

Wyślemy najświeższe informacje prosto na Twojego maila